LESZEK SOBOCKI-PINGO ERGO SUM/ MALUJĘ WIĘC JESTEM

Ocena:

5/5 | 1 głosów

 

 

SOBOCKI

JA, ZE MNĄ

 

Tadeusz Nyczek

 

Niedoścignionym ojcem autoportrecistów jest, jak wiadomo, Rembrandt. W ciągu czterdziestu z okładem lat  namalował 35 olejów ze sobą w jedynej roli i dołożył prawie tyle samo akwafort i rysunków. W polskiej sztuce dorównywał mu Jacek Malczewski, ale tylko olejami, bo grafiki nie uprawiał, podobnie jak rysunku. Leszek Sobocki obu ich bije na głowę. Być może kiedyś znajdzie ktoś, kto wszystkie jego autoportrety policzy, ale na razie jest to zadanie niewykonalne, tym bardziej, że powstają wciąż nowe (piszę z początkiem 2025 roku). Podejrzewam, że L. od dawna dzierży rekord świata w tej kategorii.

Pierwszy wykonał w 1966 i jest to jak dotąd jedyny autoportret wykonany metodą tak zwanej wcierki. Ta nieco dziwaczna technika - farbę olejną wcierało się pędzlem w płótno prześcieradłowe - kompletnie dziś zapomniana, służyła niegdyś do chałtur propagandowych, najczęściej sporządzania portretów politycznych przywódców bądź przodowników pracy socjalistycznej. Wcierka Sobockiego nie przypadkiem nosi tytuł Idol, ironicznie, ale i autoironicznie nawiązujący do rzeczonych chałtur. Po prostu sam Sobocki, jak wielu wówczas młodych malarzy, także w ten sposób dorabiał wtedy na życie.

Prawdziwy przełom nastąpił w latach 1973-74. „Kiedy skończyłem czterdzieści lat, poczułem przesyt działalnością hasłowo-ideową, którą uprawiałem. Zainteresowałem się okresem sarmatyzmu. Była wtedy w krakowskim Muzeum Narodowym wystawa porterów staropolskich, pierwszy raz w takim dużym wyborze, i postanowiłem sięgnąć do ducha przeszłości. Równolegle dociekałem, jak dawno temu zaistnieli, skąd pochodzą Soboccy herbu Doliwa”- mówił w 2006 roku Małgorzacie Kitowskiej-Łysiak i Krzysztofowi Nosalowi w rozmowie o Grupie „Wprost”. [1]

W 1973 pojechał z zaprzyjaźnioną malarką Reną Trzetrzewińską do Soboty, wsi w Łódzkiem nieopodal Łowicza. „Wjechaliśmy na ryneczek, stanęli przy murze kościelnym. Zdało mi się, że słyszę wrzawę szepczących kamieni – dziedzic wrócił. (…) W absydzie po obu stronach ołtarza przyścienne nagrobki, jeden podwójny, piętrowy i ten drugi – lany. Stanąłem przed Thomasem da Sobotha i wierzcie mi,  zadławiło mnie. Zdało mi się, że palec, ten z pierścieniem, oderwał się od spiżu i pogrozić kazał, że dlaczego tak późno dopiero. Chciałem rymnąć na kolana z podzięki, że zostałem przyjęty, ja – odzyskany, tak długo marnotrawny nieobecnością syn” (z prywatnych zapisków, w katalogu wystawy Podobizny i znaki, Galeria Nautilus, Kraków 2018).

W roku 2011 „marnotrawny syn” wróci do tematu Soboty i własnej genealogii, malując cykl obrazów nawiązujących do grobowca Tomasza Sobockiego, kanclerza wielkiego koronnego na dworze króla Zygmunta Starego.

Z fascynacji portretem sarmackim, zwłaszcza portretem trumiennym, zrodzi się w następnych latach seria Portretów trumiennych, podobizn Sobockiego malowanych na zużytych przedmiotach-odpadkach codziennego życia: drewnianych drzwiczkach, siedzisku od krzesła, blaszanej tacy, tablicy informacyjnej, znaku drogowym. Ocalone od zapomnienia w drodze na śmietnik, podniesione do godności dzieła sztuki, będą dalekimi krewnymi „ubogich przedmiotów” z malarstwa i teatru Tadeusza Kantora. Przeniosą na sobie utrwalone w farbie ślady życia ich wybawiciela w postaci jego wielokrotnych twarzy.

Od tego czasu praktycznie do dzisiaj – z niewielkimi przerwami - Sobocki nieustannie maluje siebie w najrozmaitszych rolach, pozach i kostiumach. Stał się autorem i głównym aktorem własnego monodramu, jaki rozgrywa przed oczyma widzów tego swoistego teatru. Wiele z tych ról już opisywano, on sam także komentował własne występy, a nierzadko ich recenzentów, zwłaszcza kiedy oskarżano go o narcyzm bądź egotyzm. Ta sprawa, kluczowa dla rozumienia postawy Sobockiego, w tym momencie też wymaga paru zdań komentarza.

Otóż te zadziwiające oskarżenia zazwyczaj pojawiały się w kontekście autoportretowej twórczości Malczewskiego. Fakt, na pierwszy rzut oka nietrudno tu znaleźć wyraźne pokrewieństwa. Malczewski też przybierał pozy, zmieniał kostiumy i kreował sceny iście teatralne. W odróżnieniu od Sobockiego nie zawsze odgrywał monodramy; zdarzało mu się otaczać innymi bohaterami. Jak później zobaczymy, Sobocki również znajdzie sobie towarzystwo, do czego jeszcze wrócimy; na razie przyjrzyjmy się Malczewskiemu.

            Wydawałoby się, że na malarzu Polski pod zaborami, autorze przejmującego cyklu obrazów poświęconych zesłańcom sybirskim, temat indywidualnego bądź zbiorowego cierpienia zostawi ślad także w autoportretach. Nic z tych rzeczy. Malczewski ma na nich minę zwycięzcy historii, a nie ofiary. Na twarzy portretowanego widać bardziej pychę i butę niż smutek czy upokorzenie. To raczej dumna maska kogoś z lepszego świata niż twarz więźnia carów czy cesarzy. Nawet gdy dawał swoje rysy Chrystusowi, było w nim więcej męskiej hardości niż pokutnego cierpienia. Jego przebrania dowodzą uczestnictwa przede wszystkim w  barwnym świecie młodopolskiej cyganerii, gdzie artystom towarzyszyły gołe egerie. Nie przypadkiem niejaki Jacek Symbolewski, mniej znany kuplecista słynnego krakowskiego Zielonego Balonika, napisze w jednej ze szopek lekko złośliwy wierszyk o Malczewskim:

Ni to pies, ni to bies,

Raz po razu zmieniam stan,

Ni to w pirogu, ni to bez,

To profesor, to znów pan.

(…)

Czy to sierść, czy to frak,

Zawsze poznać zacny stan,

Czy strój jest, czy stroju brak,

Zawsze jestem grecki Pan.

 

Sobocki ze swoich malarskich monodramów jest przede wszystkim ofiarą złej historii. Czy rozrywając na sobie czerwoną koszulę Stańczyka, czy w papierowej torbie na głowie zasłaniającej oczy, czy jako bosy wędrowiec z plecakiem przyśniętym do pleców, zawsze jest to ktoś patrzący nam prosto w oczy z wyrazem niemego porozumienia: jesteśmy z tego samego świata mniejszych czy większych dramatów. Ja to ktoś inny - zdaje się słynnym tekstem Artura Rimbauda  mówić aktor Sobocki grający kolejną rolę jednego z nas, mieszkańców współczesnej Polski.  Żeby nie było wątpliwości: nie chodzi tylko o PRL. Wiele autoportretów powstało już po 1989 roku i wciąż odnoszą się do postrzegania ludzkich dylematów przez malarza czułego na kłamstwo, zło i codzienną udrękę (Udręka to zresztą cały cykl powstały w latach 2010 – 2013).

Do najwyrazistszych obrazów z ostatniej dekady należą choćby ZnamięTęczowy z 2021, gdzie nagi tors artysty przecinają tęczowe smugi; nadto jasna aluzja. W 2020 sportretował siebie w pandemicznej masce. Nie chodziło tylko o przedmiotowe świadectwo dziejowego momentu; Sobocki nigdy nie był realistą sensu stricto. Bo chyba coś więcej znaczy, że maska jest biała, a plastikowy filtr powietrza czerwony. W 2023 namalował Zieloną granicę. Metafory użyczył film Agnieszki Holland; na obrazie dwie bose odcięte stopy idą po drucie kolczastym wieńczącym mur graniczny.

Rembrandt malował siebie przez 41 lat, od 1628 do 1669. Na pierwszych płótnach i rycinach  jest młodzieńcem, na ostatnich starcem. Niewiele jest portretów samej twarzy, to zazwyczaj popiersia. Nigdy nie obnażył ciała. Ubrany bywa dostojnie, w opończe, futra, kaftany, znaki mieszczańskiej zamożności. Tylko na kilku młodzieńczych portretach występuje bez kapelusza albo beretu. Na największym płótnie, z 1658, pięćdziesięciodwuletni, prezentuje się w wytwornym kubraku wyszywanym złotą nicią, przepasany czerwoną szarfą, w ręku dzierży laskę ze srebrną gałką. Tylko na ostatnich widać nieubłaganą starość.

Przy panisku Rembrandcie Sobocki wygląda jak ubogi krewny, któremu za ubiór musi służyć gołe ciało albo rekwizyty wyciągnięte z mitologiczno-teatralnej garderoby. Nagi tors bywa pokryty rysunkiem tatuaży sugerujących, że pewne przeżycia i doświadczenia, mimo że ukryte wewnątrz pamięci, mają moc samo się ujawniającą. Najbardziej obrazy ich obu łączy świadectwo nieubłaganego upływu czasu. Twarz pokrywa się zmarszczkami, gładka niegdyś skóra torsu więdnie, wiotczeje i obwisa. Ponieważ autoportrety Sobockiego (podobnie jak portrety bliskich osób) malowane są w konwencji ekspresyjnego realizmu (cokolwiek to znaczy), degradacja cielesnej materii staje się coraz wyraźniejsza. Aktor tego wielkiego monodramu rozciągniętego na lata jest jak ów everyman ze sławnego monologu Jakuba z Jak wam się podoba Szekspira:

Cały świat to scena,

A ludzie na nim to to tylko aktorzy.

Każdy z nich wchodzi na scenę i znika,

A kiedy na niej jest, gra różne role

W siedmioaktowym dramacie żywota. 

Najpierw niemowlę, śliniące się z wrzaskiem

W ramionach niańki. Potem uczniak z torbą…

 

W dalszym ciągu monologu widzimy człowieka w kolejnych stadiach życia, by wreszcie pojawił się jako

Chudy, osłabły starowina w kapciach,

Z okularami, sakiewką przy boku,

 Z łydkami, z których zwisają zbyt luźne

Pończochy, zachowane z lat młodości… [2]

 

Przyjaciel Sobockiego z Grupy Wprost, Zbylut Grzywacz, ujął temat mijającego czasu w jednym, za to ogromnym obrazie z roku 1985 Kolejka (siedem etapów życia kobiety). Nie przyszło mi do głowy spytać Grzywacza, czy ten „siedmioaktowy dramat żywota” kobiecego – od niemowlęcia do staruszki - wziął z Szekspira. Już nie spytam, Zbylut w 2004 umarł.

Z trójki opisywanych tu autoportrecistów Rembrandt i Sobocki malowali wyłącznie siebie. Malczewski obudowywał swój konterfekt rozmaitymi kontekstami, przydawał sobie postaci zarówno ludzkie, co wyimaginowane, przeważnie  na pejzażowym tle. W 2023 samotny dotąd na obrazach Sobocki zaczął się podwajać.

Zaczął od podwojenia siebie. Namalował Artificial Intelligence, Sztuczną Inteligencję, popiersie w białej koszuli, z którego wyłania się upiorna głowa z zielonymi oczami przypominająca maskę. Obok, w powietrzu czarnej pustej przestrzeni, unosi się głowa „żywego” Sobockiego. Z miejsca, gdzie powinna być  szyja, zwisa elektryczny sznur zakończony wtyczką. O tym, że „sztuczny Sobocki” w masce jeszcze żyje, przypominają dwie dłonie wystające z rękawów koszuli.

W kilku innych obrazach z tego samego roku podwoił się inaczej. Już nie w formie dyskursu ze światem, który chce go obezwładnić i podporządkować, ale stawiając siebie przeciw sobie.

Jeszcze jesteś?! – pyta Sobocki Sobockiego w obrazie pod tymże tytułem. Pytanie czytelne jest w spojrzeniu pierwszego Sobockiego stojącego twarzą do swojego sobowtóra zwróconego doń tyłem. Obaj starcy, ten pytający z pobrużdżoną twarzą i ten słuchający z siwym wianuszkiem włosów na wyłysiałej czaszce, wyglądają nieźle jak na swój wiek. Mają tu niemal dziewięćdziesiątkę, ich twórca skończy ją w przyszłym, 2024 roku. Noszą młodzieńczo żółtą koszulę i dżinsy, na szyi apaszka, jedyny dekoracyjny rekwizyt, jakiego malarz używał w życiu. Ale pytanie jest bezlitosne. Jakby zadający je był zdziwiony uporczywym istnieniem tego drugiego. Czuje się w nim gorzką autoironię.

W innym obrazie z tej niewielkiej serii obaj Soboccy odbywają swoisty pojedynek tym razem nie na wzrok, a na słuch. To Spowiedź; ten z lewej przykłada do ściany szklankę znanym sposobem podsłuchującego, ten drugi, z prawej, zdaje się coś do tamtego mówić. Scenka ni to z konfesjonału, ni to z podsłuchu; religijne wyznanie staje się rewersem świeckiego zeznania.

W trzecim płótnie z cyklu „ja to on”, Spowiedź II, Sobocki w koszuli wojskowego kroju i miedzianym (złotym?) hełmie na głowie, trzymając w dłoni komórkę, jest atakowany przez nagiego Sobockiego, która agresywna poza i mina świadczą o niewypowiedzianej głośno pretensji. Kto tu kogo spowiada i dlaczego, trudno rzec.

Wreszcie najdziwniejszy z duetów, na którym Sobocki dzisiejszy, półnagi i siwy starzec, powołuje swój własny autoportret z 1978 roku, mężczyznę w sile wieku w pomarańczowej bluzie, z ciemnym zarostem i stanowczym wyrazem twarzy. Tamten wczesny obraz nosi tytuł „Narcyz” i jest jednym z tajemniczych i trudno wytłumaczalnych autoportretów z okresu, kiedy Sobocki w końcu lat siedemdziesiątych namalował ich ponad dwadzieścia, głównie inspirowanych Malczewskim i jego fascynacjami symboliką współczesnych sobie czasów. Zarzucano wtedy Sobockiemu właśnie skłonności narcystyczne, stąd prowokacyjny tytuł i przeczący mu gest portretowanego: w wyciągniętej ręce trzyma małą kałużę krwi. W kanonicznej wersji mitologiczny Narcyz zakochuje się we własnym odbiciu w wodzie. Sobocki demonstruje dłoń pełną krwi widzowi patrzącemu na obraz. Spójrz: jeśli w czymś się odbijam, to w mojej krwi.

Na obecnym podwójnym autoportrecie stary Sobocki, niemal przezroczysty, wskrzeszając obok siebie „Narcyza” sprzed bez mała wieku, demonstruje już tylko pustą dłoń proszalnym gestem. Cała krew już ze mnie uszła, jaki ze mnie narcyz.

Wyczuwa się w tych obrazach dziwne napięcie, rodzaj utajonej walki między postaciami tego samego było nie było bohatera. Jakby aktor Sobocki postanowił przerwać wielki monolog, jaki od kilkudziesięciu lat toczy ze światem w swoim imieniu, i zmienił go w dialog z samym sobą. U schyłku żywota otworzył ostatni rozrachunek?

Na przełomie 2023/2024 pokazał te i inne obrazy z tego okresu na wystawie „Tarcza ochronna” w lubelskiej galerii Wirydarz. W komentarzu do niej napisał: „Dlaczego wystawa nosi tytuł Tarcza ochronna? Bo osłona przed złem pomaga. Kto mi zadaje zło i w jakiej postaci? W pierwszej kolejności sam sobie daję razy”. W drugiej kolejności te razy zadaje nieodłączny towarzysz ludzkiego bytowania, czyli otaczający świat. „Jak się ratowałem przed tą agresją? Brałem do ręki oręż w postaci pędzla, dłuta, farb, i broniłem siebie tworząc artefakty walczące z agresją”.   

Na okładce katalogu wystawy widzimy autoportret Sobockiego z paletą malarską trzymaną w pozycji właśnie tarczy ochronnej. Z tej palety-tarczy wyłonią się duchy dawnych i współczesnych malarzy, z których Sobocki niebawem uczyni armię swoich pretorian walczących u jego boku. Rozpocznie się druga prywatna wędrówka w przeszłość – duchową i artystyczną. Pierwszą była wspomniana wyprawa w 1973 do Soboty, do grobowca wielkiego przodka.

Obrazy z tej serii będą miały tę samą kompozycję: po jednej stronie Sobocki, po drugiej „ten drugi”, przywołany z przeszłości. W najbardziej zaskakującym kompozycyjnie sam Sobocki pojawi się w postaci własnego portretu malowanego przez genialną barokową artystkę Artemisję Gentileschi. Portret dopiero powstaje, widzimy zarys sylwetki portretowanego i rękę z pędzlem, malującą głowę Sobockiego. Taki autoportret Artemisji rzeczywiście istnieje – można go zobaczyć w Royal Colletion w londyńskim Pałacu Buckingham. Cóż, nie znajdziemy na nim Sobockiego… jedynie sam gest damskiej ręki wyciągniętej w stronę pustego jeszcze płótna.

Po jakich towarzyszy broni z dawnych i nowych czasów jeszcze sięgnął? Z Renesansu wywołał Dürera i Tycjana. Z baroku, oprócz Artemisji, Caravaggia, van Dycka, Fransa Halsa i Rembrandta. Z romantyzmu przybył z odsieczą Eugéne Delacroix. Najwięcej ich przyniósł XIX wiek – Jana Matejkę, Claude’a Moneta, Paula Cézanne’a, Paula Gauguina, Olgę Boznańską, Malczewskiego, Witkacego, Pabla Picassa, Chaima Soutine’a; część z nich kojarzy się już bardziej z wiekiem XX. Z czasów współczesnych mamy Luciana Freuda, Francisa Bacona, Adama Hoffmanna, Andrzeja Wróblewskiego i wreszcie kompanów Sobockiego z Grupy Wprost – Macieja Bieniasza, Zbyluta Grzywacza i Jacka Waltosia.

Wszyscy mistrzowie i towarzysze Sobockiego zeszli tu z własnych autoportretów odtworzonych teraz przez tego, który wezwał ich do świadkowania swojemu sensowi istnienia jako artysta. Stańcie za mną, może się obronię. Albo inaczej: zaproście mnie do swojego stołu. Wiele wam zawdzięczam, ale i wy coś mnie zawdzięczacie: jeszcze raz wskrzeszam was do życia. Czerpiąc z was, z siły waszych talentów i siły ducha, stworzyłem siebie, przez którego przemawiacie.

Nie przypadkiem za każdym razem malował siebie w manierze tego, którego powoływał z przeszłości na obecne płótna. Nie zawsze, nie dokładnie, ale nie mamy wątpliwości, z czyjej formy i czyjego stylu czerpał. To nie tyle pastisze, co mimetyczne wariacje na temat. Powtarza gesty portretowanych. Niezwyczajny zabieg zastosował przy partnerowaniu swoim dwóm przyjaciołom z Grupy Wprost, Grzywaczowi i Waltosiowi. Ponieważ ich autoportrety bardzo odbiegały od tamtych historycznych swoją „ruchliwą” i „wybrakowaną” nowoczesną formą (połowa twarzy Grzywacza odbijała się w lustrze, twarz Waltosia była rozproszona w abstrakcyjnych plamach farby), Sobocki dostosował siebie do tych wybrakowań: tu przekroił się, tam ekstra dofarbował. Te gry z cudzą formą bywają niekiedy bardzo zabawne, świadczą o autoironii i poczuciu humoru. Ale i o wszechstronności malarskiego talentu.

Przecież jednak pozostaje w cieniu. Niby obok, ale na dalszym planie, jakby trochę bardziej nieobecny, przyblakły. To tamci są pełnokrwistymi bohaterami, on zdaje się zanikać. W tej swoistej pokorze wobec tamtych, wielkich, jednak ukrywa nadzieję, że kiedyś może i on do nich dołączy. Jego antenaci dawno już nie żyją, a przecież stoją teraz obok niego, żywego, który ich maluje i utrwala. Cóż, że życie się rozpada, skoro sztuka rozmawia ze sobą cały czas – bo poprzez czas.

Trudno powiedzieć, co komu konkretnie zawdzięcza. Sam kilkadziesiąt lat malował w różnych konwencjach, czasem bardziej, czasem mniej oddalając się od realizmu. To, co rzeczywiste, z widzianego świata, zawsze jednak bywało podszyte symboliką albo metaforą. Niemniej ważna zdaje się życiowa postawa mistrzów-nauczycieli, pozaartystyczne powody, dla których tworzyli. Uczulenie na zawirowania historii, dramatyzm losów indywidualnych i zbiorowych, zmysłowe dotykanie bólu i śmierci. Stąd w tym zestawie Matejko, Malczewski, Artemisja, Delacroix, Picasso, Bacon, Hoffmann, Wprostowcy. Także dwuznaczny Wróblewski, za młodu komunista, później malarz zawiedzionej egzystencji. Nie dziwi nieobecność Miró czy Modiglianiego (tylko co tu robi Boznańska z Monetem, piewcy spokojnej urody świata?). Może dziwić nieobecność Goi czy Daumiera. Nie odkryjemy jednak wielu zakamarków wyborów Sobockiego, zostawił nam domysły, własne interpretacje.

Jedno nie ulega wątpliwości: jego autoportrety, począwszy od Idola z 1966 po najnowszy cykl duetów z mistrzami, to zupełnie wyjątkowe zjawisko w polskiej, a i europejskiej sztuce współczesnej. Album, który z nich kiedyś niewątpliwie powstanie, będzie wydarzeniem ikonograficznym równie wyjątkowym.

 

 

 

 

 

[1] Ja, Sobocki, w: Świat przedstawiony? O Grupie Wprost, Towarzystwo Naukowe KUL, Lublin 2006.

[2] Przekład Stanisława Barańczaka, w: W. Shakespeare, Jak wam się podoba, Poznań 1993.

Partonat medialny

| więcej

„Ciało. Kilka odsłon nagości”
2025-12-09

„Ciało. Kilka odsłon nagości” ...

„Niebezpieczne związki”  – prapremiera w Teatrze BARAKAH
2025-12-01

„Niebezpieczne związki” – prapremiera w Teatrze BARAKAH ...

Open Eyes Art Festival 2025
2025-11-03

Open Eyes Art Festival 2025 ...

2025-10-06

"Spotkaj się z muzyką" ...

INTERDYSCYPLINARNY SPEKTAKL DŹWIĘKU, OBRAZU I TOŻSAMOŚCI
2025-09-02

INTERDYSCYPLINARNY SPEKTAKL DŹWIĘKU, OBRAZU I TOŻSAMOŚCI ...

Partnerzy

| więcej

slusarsky.com pisanie ikon REDART MEdia Bogucki
created by ITDOT